W życiu bym się nie spodziewała, że region łódzki ma swoją tradycję kulinarną. W sumie wszystko, co regionalne w Europie Środkowej często sprowadza się do podobnych składników, tj. ziemniaków i innych warzyw korzennych, za lepszych czasów podawanych z kawałkiem mięsa, ale ciekawie jest odkrywać drobne niuanse różniące poszczególne dania. Tak czy siak, byłam ogromnie zaintrygowana siadając przy stoliku w Piwnicy Łódzkiej, urządzonej ze smakiem, mimo piwnicznej wysokości właściciele postawili na jasne kolory i dało to przytulny, świeży efekt.
W menu jest mnóstwo pozycji o tajemniczych nazwach, które dużo łatwiej rozszyfrować posługując się mniejszymi podpisami w języku angielskim. Z Elzynorem postawiliśmy na wspólną przystawkę - ziemniaczane plendze, czyli coś pomiędzy plackami, a puszystymi kotlecikami z grubo tartych kartofli, z przepysznym, esencjonalnym sosem kurkowym. Porcja podzielona na pół okazała się całkiem spora, po swojej części byłam już względnie najedzona (a to przecież połowa przystawki!), ale czekała mnie jeszcze kaczka!
Kaczka jest jednym z droższych dań głównych w Piwnicy Łódzkiej (37 zł), za to zdecydowanie jest wspaniale skomponowana - choć ostatnio staram się ograniczyć mięso, był to znakomity wybór na tzw. cheat metal. Mięciutkie plasterki mięsa na placuszkach warzywnych, do tego buraczki i genialne karmelizowane jabłko. Całość wspaniale się ze sobą łączyła, żaden składnik nie dominował. Niestety nie przepadam za tłuszczykiem przy mięsie, choć zapewne w kuchni łapali się za głowę, że ktoś zdecydował się odkroić to, co w kaczce najlepsze - podaję ten fakt jako informację dla fanów tego typu podawania mięsa, bo nie w każdej knajpie to oczywistość.
Skusiłam się też na spróbowanie ozorków z sosem chrzanowym - uwielbiam połączenie mięsa z chrzanem, ale nie jestem jednocześnie zwolennikiem podrobów. Ozorki są dla mnie zbyt mięsiste, jednak obiektywnie muszę przyznać, że danie jest smaczne, a w dodatku nie najdroższe (22 zł razem z ziemniakami i buraczkami).
Pani nas obsługująca była bardzo miła, dopytywała się o nasze wrażenia, na nic nie musieliśmy długo czekać.
Szkoda tylko, że wybór herbat nie był większy - już jestem rozpieszczona i przyzwyczajona do sypanych, a tutaj kilka torebek, ale to doprawdy drobnostka na tle pozostałych dobrych odczuć.
Szczerze polecam pragnącym poznać łódzką kuchnię robotniczą, ale także tym, którzy mają ochotę na pyszny obiad podany w całkiem eleganckich okolicznościach (robotnicza - elegancka, coś tu nie styka, ale tego kontrastu w ogóle nie czuć, wszystko jest zupełnie szczere!).
Wyprawa do Łodzi musiała zacząć się na Zomato, a tam trafiłem na zbierającą doskonałe recenzje, urządzoną nieco na uboczu głównych restauracyjnych zagłębi miasta Piwnicę. I pozytywne opinie są w pełni zasłużone, bo zje się tu świetnie.
Jak sama nazwa wskazuje lokal jest urządzony w piwnicy kamienicy, ale dzięki tablicom na zewnątrz raczej się go nie przegapi. Wystrój nie jest nachalny, starają się nawiązywać do łódzkich klimatów, czuć jednak, że para poszła tutaj w dobrą kuchnię, a nie design.
Obsługa w postaci miłej kelnerki zajęła się nami sprawnie i pozostała całą wizytę bez zarzutu. Na przystawkę wzięliśmy na pół plendze, rodzaj małych, grubszych placków ziemniaczanych z sosem kurkowym. I to był podwójnie dobry wybór - po pierwsze dlatego, że porcja w całości jest spora i sądzę, że mogłaby posłużyć za lunch dla mniej głodnej osoby, po drugie, ponieważ były naprawdę dobre! Przyjemny aromat grzybów i doskonała konsystencja placków mile nas nastroiły przed daniami głównymi.
Ozorki (22 złote) na tłuczonych ziemniakach to był strzał w dziesiątkę - nie każdy kupi takie mięso, ale mi smakowało, chociaż jest z natury nieco gumowate. Gwiazdą był sos chrzanowy: idealnie kremowy, o wyrazistym smaku, ale bez wypalającej ostrości chrzanu. Buraczki pasowały do całego zestawu i kolorystycznie, i smakowo, ale raczej niczym się nie wyróżniły.
Chjena dała mi do spróbowania swoją kaczkę. Soczysta, tłusta, z idealnie upieczonym jabłkiem i żurawiną, na warzywnych plackach (cukinia z marchwią, jak sądzę), zachwyciła mnie tak samo jak ozorki.
Podsumowując, w Łódzkiej Piwnicy znają się na rzeczy i ze zwykłej robotniczej kuchni opartej wszak na ziemniakach, burakach, podrobach i innych "nieatrakcyjnych" tworzą świetne, zapadające w pamięć dania. Jedyną uwagą, jaka przychodzi mi do głowy to to, że polskie menu nie jest zawsze porządnie opisane w przypadku typowo łódzkich potraw i gdyby nie tłumaczenia na angielski, mielibyśmy wątpliwości, co właściwie zamawiamy. Życzę Piwnicy jak najlepiej i będę wpadać, gdy tylko trafi się okazja.
....trawestując Churchilla: " tak niewielu..(1) zrobiło tak wiele dla tak wielu ( całej Łodzi )...".
Nie wiem co można napisać o rozkoszy dla podniebienia za sprawą: "chrzanowej z jajkiem", "piersi z kaczki na żurawinie" i golonki oraz zalewajki.... Jeśli reszta potraw ( a Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ niechybnie skosztujemy ) jest choć w połowie tak dobra to " JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA....... !"
...polecamy.... super wizualnie, i SMAKOWO..... Główny Kucharz zarazem SZEF LOKALU osobiście opowiada o potrawach i innych aspektach kulinarnych. Coś niesamowitego, niepowtarzalnego i tego co RESZTA POLSKI MOŻE NAM POZAZDROŚCIĆ !!!!!!!! :->>>>
Teraz coś dla lubiących "rozkosze wizualne": lokal utrzymany w fajnym, nie natarczywym stylu w barwach szarości i bieli. Emanuje czystość i porządek ( jak u Babci). Lokalizacja lokalu świetna- jakieś 200 m od Galerii Łódzkiej z jej nieocenionym parkingiem.
Szczerze polecamy razem z moją MIŁOŚCIĄ ANIĄ, z którą zawsze piszę opinie: KTO CHCE DOBRZE ZJEŚĆ W ŁODZI "MUSOWO" MUSI TU ZAJRZEĆ !
jak on to robi...cholera...
An error has occurred! Please try again in a few minutes